
Aby dowiedzieć się czegoś więcej o samym „Lajkoniku” i polskich obrzędach poprosiłem Halinę Misterkę o krótką rozmowę, bowiem jest ona nie tylko wspaniałym choreografem, ale i chodzącą encyklopedią o polskim folklorze.
Halinko, skąd pomysł na wspólne kolędowanie z amerykańską Polonią?
Kolędowanie w „Lajkoniku” nie jest rzeczą nową. Od wielu lat organizujemy koncerty zimowe w salach widowiskowych z kolędowaniem. Dziś po prostu przyjęliśmy wersję bardziej tradycyjną - kolęda u siebie.
Kilkanaście lat temu nieukształtowany jeszcze „Lajkonik” znalazł schronienie pod „strzechą” kolebki polskości na obczyźnie, jaką jest Trójcowo. Dzisiaj wdzięczni za tak wspaniały dom, wierzymy, że kolędą wyprosimy samo dobro dla tego miejsca i jego podopiecznych. Stąd według tradycji samodzielnie udekorowaliśmy choinki ozdobami z bibuły, słomy i kolorowych papierków, a na stołach położyliśmy żywe stroiki, aby zielona gałązka - symbol życia, ożywiała naszą wiarę i aktywność. Dekorację do wspólnego kolędowania dopełniły zapalone świece, które stworzyły niezapomniany nastrój i ociepliły atmosferę spotkania. Potem to już tylko zabrzmiały kolędy, których z każdym rokiem przybywa coraz więcej w repertuarze zespołu.
Byłem zaskoczony świetną znajomością kolęd i wspaniałą polską mową Waszych podopiecznych...
„Rodziny Lajkonikowe” są mocno związane z Misją Trójcy Świętej, a dzieci uczęszczają do polskiej sobotniej szkoły przy tej misji. Ich umiejętność władania językiem polskim oraz wrażliwość na wszystko, co polskie, kształtowane jest, więc nie tylko w rodzinie.
Okres Bożego Narodzenia jest czasem szczególnym dla rodzin polskich na obczyźnie. Czasem mam wrażenie, że jesteśmy tu bardziej polscy niż nasi rodacy w Ojczyźnie.
Z dala od ziemi naszych ojców czujemy i tęsknimy mocniej, dlatego też święta Bożego Narodzenia przeżywamy jakby intensywniej. Po długim okresie oczekiwania, jakim jest adwent, wkraczamy w okres ogromnej radości, którego nieodłącznym elementem są kolędy. Jak stara tradycja mówi, kolędowano nie tylko dla samej radości wspólnego śpiewania. Wierzono, że w domu nawiedzonym przez kolędników będzie panował dobrobyt i pokój, a jego mieszkańcy doczekają kolejnego roku w zdrowiu i szczęściu.
Niezwykłą radość dzieciom i dorosłym sprawili Wasi kolędnicy, którzy pięknie przebrani, figlowali wesoło, tańcząc i śpiewając. Skąd pochodzi ten zwyczaj?
Kiedy jasełka zostały wyparte z kościołów zwyczaj ten przejęli na wsiach kolędnicy. Nie można mówić o jednej formie kolędniczej w Polsce. Każdy region, a czasem i nawet poszczególne wsie wypracowały swoje własne zwyczaje i stroje kolędnicze.
W poszczególnych regionach spotkać można różne postacie. Wśród nich najstarszą formą jest wcielanie się w postacie zwierząt (tur, koza, niedźwiedź, konik, itp.). Jedno jest dla kolędników wspólne: zaczynają odwiedzać domy w dzień Świętego Szczepana (26 grudnia) i kontynuują kolędowanie aż do dnia Trzech Króli (6 stycznia), składając życzenia: zdrowia, szczęścia, powodzenia, a w szczególności, urodzaju w przyszłym roku.
Odwiedziny kolędników były szczególnie niecierpliwie oczekiwane przez panny na wydaniu, mimo, że starały się okazywać im pozorną obojętność. Kolędnicy, bowiem byli zwykle wyborowymi chłopcami, świetnymi śpiewakami, poszukującymi tej jedynej wybranki. Wypatrywali ją sobie już w adwencie, kiedy wieś spowita była zaspami śniegu, a oni cichaczem zaglądali do okien - które wtedy jakby pełniły rolę dzisiejszych telewizorów - podziwiając dziewczyny przy pracy, oraz w najmniej przez niespodziewanych okolicznościach.
Trzeba pamiętać, że wizyta kolędników była niewątpliwie długo oczekiwaną rozrywką, często jedyną w okresie zimowym. Po długotrwałym adwencie, kiedy dni stawały się coraz krótsze, pracy w polu nie było, a spichlerze były pełne wszelkiego dobra po udanych zbiorach, wszyscy czekali na odmianę i trochę rozrywki. Nic też dziwnego, że przedstawienia kolędnicze przybierały czasem formę teatrów ludowych, a sami kolędnicy przyjmowani byli ochoczo ze staropolską gościnnością. Tak społeczność wiejska wkraczała w okres długo oczekiwanej zabawy, która trwała aż do Środy Popielcowej.
Halinko, jak już jesteśmy przy zabawie, to trudno nie zadać pytania o zwyczaje, jakie w tym czasie towarzyszyły zakochanym?
Muszę przede wszystkim wyjaśnić, że nie obchodziliśmy w Polsce święta zakochanych tzw. walentynek, a same zaloty mimo zakończonego okresu adwentu nie były takie proste. Proszę, wczuj się i wyobraź sobie: zima, zaspy sięgające okien, mróz, jedna izba z piecem, na którym wygrzewał się dziadek, wielodzietna rodzina, która przygląda się odwiedzinom wybranka... Nie było warunków na wyszukane zaloty. Zapewne lepiej to wyglądało na wiosnę, czy latem, kiedy po skończonej pracy młodzi spotykali się przy blasku księżyca. Polska wieś nie była tak sielankowa, jak pięknie opisywali ją nasi poeci. Rządziła się twardymi prawami, w których praca zajmowała pierwszorzędne miejsce, a uciech zaznawano podczas wesel i innych uroczystości, kiedy to cała wieś gromadziła się na wspólnych tańcach i zabawie.
Z tego, co powiedziałaś wynika, że zakochanym nie było tak łatwo o prywatność, a co dopiero mówić o tych, którzy byli w trakcie poszukiwań.
I tu jak zwykle, panowie górą!!! To oni wybierali, a panny musiały cierpliwie czekać.
Biada jednak tej, której nikt nie wybrał. Tu pojawia się kolejny zwyczaj, mało znany i znienawidzony przez panny na wydaniu - tzw. „ciągnięcie kloca”.
Przepraszam, coooo????
Nie pomyliłam się. Ciągnięcie kloca. Zwyczaj ten w różnych regionach przybierał odmienne formy. Czasem wyciągania z karczmy tych, którzy zasiedzieli się aż do Środy Popielcowej, czasem kary za staropanieństwo. Wyśmiewano taką pannę na wiele sposobów, a jednym z nich było przywiązywanie do niej kloca drzewa, który musiała ciągnąć przez wieś ku uciesze zawistnych rywalek.
Cóż, nie będę tego tematu szerzej rozwijać, bo zwyczaj mało opisany i średnio mi się podoba. W dzisiejszej Ameryce tacy prześladowcy z miejsca odpowiadaliby za znęcanie się nad kobietami, że już nie wspomnę o pogwałceniu ich praw i równouprawnieniu (śmiech).
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że od Środy Popielcowej ponownie dla całej wsi, wciąż smutnej i szarej na przedwiośniu, zaczynał się czas kolejnego wyciszenia w okresie postu, który przerwie dopiero Wielkanoc, ze swoim symbolem odrodzenia życia w postaci jajka lub pisanki, zaniesionego do święcenia w wielkanocnym koszyczku.
Ale myślę, że o tych zwyczajach porozmawiamy już w marcowym - bliższym Wielkanocy wydaniu „SZIKagowianki”.
Dziękuje Ci bardzo za tę rozmowę i pozwól, że na Twoje ręce złożę serdeczne życzenia samych sukcesów dla „Lajkonika” i „Trójcowa” na następne 100 lat!!!
Jerzy Pasternak
Hej kolęda, kolęda>>>
duże zdjęcia>>>